piątek, 2 marca 2018

NAJSTARSZE

SCHIZOFRENIA

Tak mocno pragnęliśmy
aby ten kawałek nocy
należał do nas
już na zawsze

gesty zawiodły
słowa szydziły z nas skrycie

opłakuję każdą sekundę
nie potrafię już powrócić
do siebie dawnej
nie potrafię powrócić do ciebie

choć dłonie rwą się na strzępy
by nogi mogły uciec
serce przestaje bić
nie mogąc wyciągnąć rąk –
poszarpanych nerwów



ALICJA

Do zdjęć
podobnie jak
do własnego odbicia
pozuje się

dlatego świat
oglądany w lustrze
wydaje się doskonalszy

czasami mam ochotę
stanąć po jego drugiej stronie
tak by nie widzieć
własnego bólu

ponieważ nic
nie jest doskonałe
za dużo uczuć
przesypuje się z oczu

każda próba jałową –
to zwierciadło
nigdy nie kłamie

mam
dwadzieścia dziewięć lat
uciekłam
z krainy czarów



DRUGI BRZEG

Piasek na plaży
przesypuję się przez palce

klepsydra łez
odwracam ich bieg
poczuj je
pochłoń je

zajęliśmy miliony lat
by znaleźć się u kresu
wytrzymałości brak
tulimy swe ramiona
oplatasz jak woda
kiedy odwracasz się
tęsknię za drugim brzegiem
chciałabym choć raz
nie musieć uciekać do ciebie
ponieważ wiem
że tracę
niczym tombak

i słów już brak
by wyrazić pragnienia
częstowałeś słodyczą spragnione usta
jad rozprzestrzenił się wśród trzewi
niszcząc
przywołując krzyk
gwiaździstą nocą

niebo pode mną
wołałam choć wiem
usta nabiegłe wodą
milczę



O TOBIE, DLA CIEBIE

Słałam prośby do gwiazd z nadzieją
jesteś dla mnie odległy jak one
horyzont utworzyłam z Twych dłoni
z każdym krokiem jestem coraz bliżej
utraty umysłu
niczym ślepiec widzę swą bezsilność
nigdy nie potrafiłam przeżyć dnia do końca
nie kalecząc myśli Tobą - moje małe voodoo
nim usta i oczy zapadną się do wewnątrz
a owady zasmakują w tkankach
pragnę poczuć ostrze Twych warg
zedrzyj mą skórę
potnij mnie na kawałki
z puzzli mego ciała stwórz krajobraz jesienny



ZMIERZCH

Od początku widziałem cię
nierzeczywistą
właśnie dlatego świat
taki jak mój
nie miał prawa
do tego samego Słońca
co twoja twarz
rozbiłem się na miliony
bo nie potrafiłem cię kochać
jednym sercem
bo i tego wciąż mało

kłamali -
Ziemia ma kształt twoich warg
i jeśli nie danym błądzić
gdy upłyną dni -
takie samo piekło u Boga

pozwól 
trwać u swego boku
u swych stóp
pod stopami gdy zimno doskwiera

pozwól 
stać się kanibalem 
na uwięzi twego ciała



PIELGRZYM

Wycięli w pień
wszelką zuchwałość
w korzeniach świadomości
pozostała resztka sił
pozwalająca kierować się
ku słońcu
ku porankom

Syzyf wciąż toczy głazy
pod me nogi
miażdżą stopy i kolana
trzeba tak iść do końca
skamieniały w przerażeniu
poruszam się stale
siła woli pcha mnie
ku upadkowi

wyciągam przyrośnięte ręce
coraz ciaśniej oplata strach -
nie potrafię już powiedzieć
czy kiedyś miałem palce
i gdzie me szaty

nieforemny
przypominający kogoś
kim nie jestem
byłem
pcham wciąż ku kresowi
własne głazy
wielkości ziaren piasku

nie jestem religijny -
to zwykła przepowiednia
o śmierci wszystkiego co kocham



BŁOTO

Dziwne – od tak dawna
usta twe były moją ulubioną modlitwą
o własne miejsce w tej duszy niczyjej
przestałam wierzyć wraz z kolejnym koszmarem

przynoszę w zębach snop przekleństw
lecz nie mam siły splunąć nimi w twarz
i znów jestem domem bez drzwi
gotowym udowodnić swe nawrócenie

dziwne – znów tu jestem
skuszona wizją włamania się do Edenu
byś ponownie scałowywał ślad warg z owocu
bym nie rozszarpywała już żył w tęsknocie

bezsilność uderza mnie w twarz jak własna dłoń
głupia
za nadzieję należy pokutować



EROTYK

Twoje ciało moim drugim ubraniem
kiedy pierwszego spod dłoni ubywa
kiedy nogi topnieją pod spojrzeniem
ogień wiruje w tęczówkach

upijam usta smakiem twej skóry
płyniemy wtapiając się w siebie
jesteś jedynym źródłem tlenu
karmię się twym oddechem

kreślisz dłońmi gorące tatuaże
mą sylwetkę naginasz w łuk
ściany wirują kalejdoskopem
ociekają słodyczą naszego dotyku

chaos słów rzucanych w półmrok
kochanie pomniejszyłeś świat



OFELIA

Przepraszam – nie potrafię żyć bez lęku
sącząc truciznę z każdej sekundy
spędzonej na próbach łapania snu nocą
wciąż czekam na moment kiedy staniesz się

ja - włosem na poduszce
ona - kotwicą na twym sercu
w blasku świec jestem cieniem jej ciała 
wiatrem płaczącym za oknem 

znam twoje oczy – kiedy oczy zamykam
dzisiaj znów przyniesiesz mi krzyk
karmimy nim ciała
dopóki nie przygasną świece przełamane świtem

przepraszam – –



KRONOS

Dziurawymi dłońmi próbuję zatrzymać
zapach twego dotyku na mym ciele
bolesny skurcz ścian pod wpływem spojrzenia
imię jak mantrę powtarzam z każdym westchnieniem

dawniej miałeś dla mnie Słońce
zamykałeś je w klatce z palców, zapalałeś oczy
dziś wolisz je schować pod poduszkę
w powietrzu przesyconym czernią błądzimy na oślep

oni nas kaleczą, padamy na twarze
kopiąc się nawzajem nieustannie
dziurawymi dłońmi próbujemy oczyścić
ociekające błotem uczucia



LILITH

Twoje ciało uderza do głów
a ja? - ja
jestem herbatą
z dzikiej róży
wpięłam kolce w myśli w serca
nie pytałeś czy chciałam
ich spojrzeniami na sobie - 
zawsze gardziłam tombakiem
znów jesteś chłodem wrzosowiska
Wasze oczy ziemia niebo trawa
już nic nie wiem
i proszę tylko o iskrę by spłonąć
gotuj urny Mój Panie
oddziel łzy od popiołów
dziś Ty jesteś Kopciuszkiem
ja pojdę na bale
przywdzieję kolejną skórę modliszki


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz