Tak ciężko było spojrzeć na oczy
kiedy głowa urywana przez niedomiar
odkostniła nogi drżące liściem
nasycony wrzaskiem wyruszam w ciemno
wokół zawsze brak ciszy lecz idźcie spać
jutro zaproszę kogoś na obiad
moja schizofrenia bełkocze w kącie
w odległości dwóch oddechów
rozrywając powietrze dobrnąłem do dna
upadek zawsze przybliża do gwiazd
ciemna nienarodzona przestrzeń
po której niosłem kroki wężem
pochłonięty wirem krzyczałem
nie dla mnie niematerialne zawodzenia
wielkie oczy prowadziły do jego domu
ja - tylko jeden śmieć więcej
mijał czas odliczany siłą zawrotów
rwałem ziemię obcymi rękoma długo
kropla po kropli w nią wsiąkałem
jak to gówno które rzuciłeś mi w twarz
razem ze mną wyciągnęli złe wnioski
wbili tuzin igieł gdy się odwróciłem
w spostrzeżeniu o dalszym życiu
nie przewidzieli powrotu do domu
na jej dno
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz