Moje imperium ognia nieustanny pochód Słońc
ludzie na barykadach wybucham prozą
krótkie chwile włosy na wietrze
szczęki szarpią brudne resztki tkanek
piłuję myśli cienkie struny wstrzykuję nerwicę
to ja ten głaz wymykam się z rąk staczam
myśli nie spływają na język paruje ze mnie krew
chwile w których żyłem policzalne jedna dłoń
wiem nadejdzie kiedyś lato szczęśliwy sen
plastelina umysłu zaszczepiony we mnie świt
sen zagląda w gałki jesteśmy dzikim winem
cichy blues mokrych chodników rozmyte głosy biegną
mam szesnaście lat obręcz cierniową na sercu
płatek po płatku mój rozpad przekwitała skóra
dzień za dniem wpadliśmy w środek kalejdoskopu
ciężar nagłej pustki kształt spadającej gwiazdy
skok przez plotki głęboka woda to nie my już
podobno dobry masz pecha potrafię oceniać sam
powitanie domu szaleńczy bieg ponad to
to żal ten kurz na mojej drodze nie rozumiem
moje imperium ognia wieczny zachód Słońca
podarte kalendarze
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz